BioShock: Infinite to trzecia część gry FPS, która w poprzednich odsłonach przenosiła nas do podwodnego miasta zwanego Rapture. Tam poza naprawdę ciekawie prezentującą się warstwą audio-wizualną i niebanalną fabułą dawała to, co jest kwintesencją poszukiwań graczy – świetną zabawę.

Z Infinite jest bardzo podobnie, a w moim przekonaniu jeszcze o poziom lepiej. Bardzo dobrym pomysłem jest totalna zmiana otoczenia, w którym znajduje się gracz. Jak bowiem inaczej nazwać modyfikację scenerii z hermetycznie podwodnej na otwartą w podniebnym środowisku lewitujących budowli? Wcielamy się w postać Bookera DeWitta, prywatnego detektywa, który pewnego dnia otrzymuje niezwykle ciekawe zlecenie. Musi dostać się do tak zwanej Columbii, czyli miasta „zbudowanego w chmurach”, stanowiącego idylliczne odzwierciedlenie silnej, niepodległej metropolii, rządzonej twardą ręką przez Zacharego Comstocka, zwanego prorokiem.

Cała otoczka Columbii to swego rodzaju zamknięta społeczność, z mocnymi podwalinami polityczno-religijnymi. Przechadzając się po jej ulicach miałem nieodparte wrażenie, że znajduje się w swego rodzaju lepszym Związku Radzieckim. Wszędobylskie plakaty siejące propagandę o wspaniałym, dostatnim życiu, ludzie wychwalający swojego proroka, pomniki, witraże, festyny – wszystko to stwarza wrażenie miejsca, w którym warto żyć. Jak się okazuje to tylko jedna strona medalu, ale nie będę psuł Wam zabawy 🙂

BSI1

BioShock: Infinite hula na silniku Unreal Engine 3 i trzeba przyznać, że twórcy wycisnęli z niego niezwykle soczyste doznania dla naszych oczu. Nie mówimy tutaj o grafice fotorealistycznej, ale stworzonej w bardzo przyjemny sposób. Miasto, jego mieszkańcy i cała wizualna otoczka przypomina nieco stimpunkową metropolię rodem z XIX wieku i muszę przyznać, że często złapałem się na tym, że po prostu po niej spaceruję napawając się widokiem bo ten był tak piękny. Podobnie ma się warstwa audio, przede wszystkim muzyka, a konkretniej jej, stylizowane na retro przeróbki znanych przebojów muzycznych, jakie niejednokrotnie mieliśmy okazję słuchać w radiu.

Można powiedzieć, że BioShock jest delikatnym połączeniem FPS i RPG bowiem nasza postać w ciągu gry rozwija się w pewien, subtelny sposób, otrzymując nie tylko dodatkowe, nadprzyrodzone moce, ale również kilka innych perków (ach to nazewnictwo z Fallout’a ;)). Tak, jak pisałem przy okazji pierwszego wrażenia z tego tytułu, tak po przejściu całej gry mam nieodparte wrażenie kilku bardzo dużych podobieństw do Dishonored. Zaczynając od świata z problemami m.in. natury politycznej, poprzez nadprzyrodzone umiejętności, kończąc na zaskakującym finale – wszystko jest naprawdę podobne, żeby nie powiedzieć analogiczne.

Zawiodła mnie nieco mechanika rozgrywki. Owszem, nie spodziewałem się po grze FPS niczego innego niż dominacji elementów typowo „strzelankowych”, ale w patrząc na cały produkt jest tego zdecydowanie za dużo. Ta sama, mówiąc kolokwialnie, naparzanka, w której musimy odpierać kolejne fale wrogów staje się niestety dosyć uciążliwa i na dłuższą metę po prostu męcząca. Nie wpływa ona jednak na finalną ocenę produktu, jest to po prostu mały zgrzyt bo gdyby postarano się o pewnego rodzaju oryginalność w tym elemencie, mówilibyśmy o grze bliskiej ideałowi.

Bioshock-Infinite-interview-3

Oczywiście każdy etap, w zależności od tego, jakie umiejętności posiadł już DeWitt możemy przechodzić na wiele sposobów. Owszem, każdy z nich niestety wiąże się z eliminacją wrogów, ale twórcy dali nam do dyspozycji bardzo przyjemne sposoby łączenia mocy i ataków z wszelakiej maści broni palnej. Można więc się nieco pobawić.

Bardzo mocnym elementem BioShock: Infinite jest jego fabuła i postacie. Mam tu przede wszystkim na myśli samego Booker’a DeWitt’a oraz Elizabeth, dziewczynę, po którą nasz detektyw wybrał się do Columbii. Nie tylko jej model, ale zachowanie, świetnie dobrany głos i naprawdę zapadająca w pamięć osobowość to dosłowny strzał w dziesiątkę i uwierzcie mi, tą Panią zapamiętacie na długo.

Spróbujcie zagrać w BioShock: Infinite bowiem jest to produkcja, którą szanujący się gracz powinien sprawdzić i przetestować na „własnej skórze”. Ja daję jej wysoką ocenę i chętnie jeszcze kiedyś powrócę do Columbii. Jest to bowiem miejsce absolutnie wyjątkowe.

Bioshock Infinite - recenzja
Bioshock Infinite wzleciał na wyżyny, tak jak podniebne miasto - Columbia. Gra jest bardzo dopracowana i chociaż strzelanie może nas momentami nudzić, to warto ten tytuł ukończyć, chociażby dla świetnej fabuły i pięknych widoków.
Grafika95%
Audio90%
Grywalność91%
Plusy
  • Cudowna grafika
  • Wspaniała fabuła
  • Wciąga!
Minusy
  • Momentami nudna mechanika rozgrywki
92%Punktacja
Ocena czytelników: (0 Votes)
0%

O Autorze

Podobne Posty