Widząc zwiastun Grawitacji niemal można było wyrobić sobie opinię o całym filmie. Spodziewałem się absolutnej perfekcji formy i proporcjonalnej miałkości treści. Ostatecznie to pierwsze faktycznie wgniata widza w fotel, natomiast to drugie stara się w tym wgnieceniu nie przeszkodzić. I robi to całkiem skutecznie.

Dr Ryan Stone (Sandra Bullock) i kosmonauta o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalski (George Clooney) zostali wysłani wraz z ekipą (o której z pewnych powodów nie warto nawet wspominać) na Międzynarodową Stację Kosmiczną, by dokonać napraw w teleskopie Hubble’a. W międzyczasie Rosjanie próbują zestrzelić swojego satelitę i robią to tak niefortunnie, że cała załoga wpada we wręcz kosmiczne kłopoty. Ostatecznie Dr Stone musi poradzić sobie z brakiem tlenu, marnymi perspektywami na przeżycie półtorej godziny (tyle trwa film) i demonami przeszłości. Oczywiście, jak to bywa z hollywoodzkimi blockbusterami, zakończenia domyślamy się od samego początku i nie jest ono w żadnym wypadku oryginalne.

Użyta na początku fraza absolutna perfekcja formy nie jest zbytnią hiperbolizacją – to naprawdę jeden z lepiej zrealizowanych technicznie filmów w historii. Co prawda nie mam pojęcia, jak wygląda przestrzeń kosmiczna z bliska, ale dokładnie tak ją sobie wyobrażałem. Piękne i jednocześnie wybitnie nieprzyjazne człowiekowi środowisko. Co ciekawe, Grawitacja kosztowała zaledwie 80 milionów dolarów – co jak na film oparty właściwie wyłącznie na efektach specjalnych jest liczbą wręcz oszałamiającą (dla porównania: Avatar kosztował 237 milionów dolarów).

Problem polega na tym, że jest to obraz przeznaczony wyłącznie do oglądania w kinach. Grawitacja na ekranie komputera czy nawet sporego telewizora straci co najmniej połowę impetu. To film, który poza świetnymi efektami nie oferuje w zasadzie nic innego.

[youtube id=”OiTiKOy59o4″ width=”600″ height=”350″]

Gravity (2013), reż. Alfonso Cuarón, dystrybucja Warner Bros. Entertainment

Podobne Posty