Wśród graczy dość popularne jest stwierdzenie, że na Vitę nie ma gier. Prawda jest jednak taka, że na ten sprzęt Sony nowe tytuły pojawiają się dość często, ale przede wszystkim na rynku japońskim. Część z nich, po odniesieniu sukcesu, trafia też do USA i Europy. Jedną z takich gier jest Oreshika: Tainted Bloodlines, które mam przyjemność ogrywać.


Grę otrzymałem do testów dziś rano, także recenzja Oreshika: Tainted Bloodlines musi poczekać, aż zapoznam się z tym tytułem nieco dłużej. Już teraz mam jednak kilka spostrzeżeń, którymi chciałbym się z Wami podzielić. Na takie rozwiązanie zdecydowałem się z jednego powodu – gra jest naprawdę ciekawa, a w polskich mediach ciężko znaleźć jakiekolwiek informacje na jej temat. Mam więc nadzieję, że jeśli interesuje Was ten tytuł, to w poniższym tekście znajdziecie odpowiedzi na nurtujące Was pytania.

Oreshika: Tainted Bloodlines rozpoczyna się od stworzenia trójki bohaterów – głównego herosa i dwójki towarzyszy. Później robi się nieco nietypowo, bo okazuje się, że trójka postaci jest martwa od pewnego czasu. Mija jednak moment i zostają oni wskrzeszeni, poprzysięgając zemstę na osobach, które doprowadziły do ich śmierci i zesłały na ich klan dwie klątwy. Pierwsza z nich sprawia, że członkowie klanu nie mogą żyć dłużej niż dwa lata, druga zaś powoduje niemożność spłodzenia potomstwa, a przynajmniej nie w tradycyjny sposób.

Po zapoznaniu się z pierwszymi cutscenkami przechodzimy do gameplayu, który wydaję się być dość znajomy. Graliście w Personę 4? A może w Conception? Jeśli tak, to szybko poczujecie się jak w domu i to dosłownie, bo centralnym hubem, z którego ruszamy na misje jest siedziba naszego klanu. Mamy tutaj też dostęp do sklepów, ekwipunku i kilku innych funkcji. Najciekawszą jest jednak możliwość skorzystania z pomocy Kochin – naszej pomocniczki i towarzyszki, będącej….pół-człowiekiem, pół-łasicą. 🙂 Kochin nie tylko służy nam jako samouczek, ale i automatyzuje część gry, pomagając nam przygotować się do zwiedzania lochów…

…które są głównym kąskiem dla graczy w Oreshika: Tainted Bloodlines. Lochy zrealizowane są na kształt serii Persona – z hubu przenosimy się do labiryntu, w którym znajdziemy przeciwników, skrzynki i  potężniejszych bossów. Poruszanie się w tych miejscach wypada średnio (animacja biegu wygląda….dziwnie), jednak walka to już inna bajka. Turowe starcia przypominają najlepsze odsłony serii Final Fantasy – są dynamiczne, efektowne i wciągające. Oczywiście pojedynki z podstawowymi przeciwnikami trwają czasami jedynie kilka sekund, a prawdziwym wyzwaniem są pojedynki z bossami – tych do tej pory spotkałem dwóch i muszę przyznać, że robiły spore wrażenie!

Na dużą uwagę zasługuje warstwa audiowizualna. Poza średnią animacją ruchu, cała reszta oprawy wideo jest wykonana w bardzo ciekawy sposób – grafika przypomina nieco Okami, co zdecydowanie jest zaletą. Do gustu przypadła mi też muzyka oraz…voice acting. Głosy wszystkich postaci w grze pozostały w oryginalnym, japońskim języku, co mi akurat się podoba, chociaż zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogliby preferować dubbing. Całość tekstów jest oczywiście przetłumaczona na język angielski – dialogi, nazwy lokacji, przedmiotów itd. Podczas kilku pierwszych godzin z grą nie spotkałem się z żadnymi błędami w tłumaczeniu, także jest dobrze!

Moja recenzja Oreshika: Tainted Bloodlines prawdopodobnie pojawi się na stronie w ciągu kilku najbliższych dni. Póki co jestem jednak z tej produkcji bardzo zadowolony – wygląda i brzmi świetnie, walki sprawiają sporo satysfakcji, a fabuła również ma potencjał. Zobaczymy jak to się potoczy dalej.. 😉

O Autorze

Zapalony gracz od kilkunastu lat (tak, zaczynałem w bardzo młodym wieku ;)). Ulubiony gatunek? To dla mnie bez znaczenia, jestem w stanie docenić każdą grę, jeśli faktycznie ma ona coś do zaoferowania, nie znoszę jednak odcinania kuponów od znanych marek - kolejne części Call of Duty nie są dla mnie. ;)

Podobne Posty