Pamiętacie piękne czasy, w których gry FPS polegały na nieustannym kombinowaniu jak otworzyć kolejne drzwi, a sekrety i znajdźki były dobrze poukrywane i nie świeciły, niczym wampiry w Zmierzchu? Jeżeli tak, to najnowsze dzieło rodaków z Flying Wild Hogs możecie śmiało dodać do swojej listy życzeń

Zacznijmy jednak od początku. W zamierzchłych czasach, bo w 1996 roku swoją premierę miał Shadow Warrior, tytuł często nazywany azjatycką wersją Duke’a. W grze znalazło się wszystko to, co gwarantowało sukces ówczesnym FPS’om – mnóstwo broni, zróżnicowani przeciwnicy, pełno sekretów i humor. Pewną nowinką było jednak udostępnienie w grze broni białej, pod postacią katany, której mogliśmy używać do siekania przeciwników na kawałki. Teraz, po 16 latach, developerzy z polskiego studia postanowili wskrzesić legendę Lo Wanga. Jak im to wyszło? Tego moi mili dowiecie się z poniższego tekstu…

Screen111

Fabuła w tego typu historiach nie jest specjalnie istotna, ale trzeba przyznać, że ta zaprezentowana w nowym Shadow Warriorze trzyma pewien poziom i jest na tyle interesująca, ze nie mamy ochoty pomijać wszystkich cutscenek. O co chodzi w całej tej historii? Mamy niezwykle potężny miecz, mamy zainteresowaną nim dużą korporację – Zilla Enterprise, w której zatrudniony jest główny bohater, a w zabawę wplątują się również demoniczne siły z Krainy Cieni, których przedstawicielem jest też towarzyszący nam „Hoji”. Jak łatwo się domyślić, wybucha ogromne zamieszanie, które jest pretekstem do przerabiania kolejnych zastępów przeciwników, zarówno ludzkich, jak i demonicznych na krwawą papkę.

Screen222

Walka zrealizowana jest niemal perfekcyjnie. Korzystanie z katany, którą w grze mamy od samego początku, daje ogrom satysfakcji. Również sterowanie rozwiązano w sposób pierwszorzędny – LPM odpowiada za szybkie ataki, a PPM za cięcia precyzyjne – mocniejsze, ale wymagające chwili do „naładowania”. Urozmaiceniem są specjalne, magiczne zdolności Lo Wanga, które aktywuje się myszą i klawiszami kierunkowymi. Tych jest zresztą całkiem sporo, poczynając od defensywnych, takich jak tarcza i leczenie się, poprzez użytkowe (uniesienie lub ogłuszenie przeciwników), a na czysto ofensywnych kończąc. Summa summarum – walka wręcz jest piekielnie widowiskowa i satysfakcjonująca.

Nieco gorzej wypada korzystanie z broni palnej, głównie z jednego, prostego powodu – na poziomie normalnym dużo skuteczniejszym rozwiązaniem jest ciachanie oponentów kataną. Dostępne w grze bronie, nawet poddane ulepszeniom wydają się być słabe i przydatne jedynie w pewnych fragmentach. Pomimo tego, trzeba pogratulować developerom za udostępnienie wielu różnych możliwości udoskonalania naszego uzbrojenia – każda dokupiona pierdółka nie tylko poprawia walory użytkowe, ale wpływa też na wygląd pistoletu, kuszy lub strzelby. Mała rzecz, a cieszy.

Screen333

Osobny akapit należy poświęcić konstrukcji poziomów. Dziś, w dobie serii takich jak Call of Duty, gdzie każdy poziom jest oskryptowanym labiryntem wąskich korytarzy można poczuć się zagubionym po odpaleniu Shadow Warriora. Grze daleko jest do sandboxa i otwartego świata, jednak lokacje są duże, pełne miejsc, do których możemy wejść i poukrywanych kluczy oraz sekretów. Te ostatnie są schowane naprawdę dobrze – nawet starając się eksplorować każdy zakamarek moim rekordem jest znajdowanie średnio 50% sekretów na level, to chyba mówi samo za siebie. Sama rozgrywka nie jest odkrywcza – biegamy, zabijamy hordy niemilców, zbieramy klucze i karty do odblokowania kolejnych drzwi i tak do końca, czyli przejścia gry. Sprawia to, że nawet pomimo walki kataną, sekretów i sucharów rzucanych przez Wanga (niektóre są naprawdę..niezłe na swój sposób) gra może nużyć przy dłuższych posiedzeniach.

Screen444

Oprawa audiowizualna trzyma poziom, nie jest to co prawda Crysis 3, ale jest nieźle. Lokacje są zróżnicowane (przeciwnicy niestety mniej…), a efekty cząsteczkowe towarzyszące niszczeniu otoczenia i wszechogarniającym wybuchom skutecznie odwracają naszą uwagę od ewentualnych niedoskonałości graficznych. Osobiście cenie sobie również muzykę, która nasuwa skojarzenia z azjatyckim kinem kopanym z lat 80. Voice acting nie wypada już tak dobrze – jest co najwyżej poprawny i nie zapada w pamięć, tak jak np. kreacje Marka Hamilla w grach i animacjach z Batmanem, czy też Nolana Northa w Deadpoolu i Uncharted.

Pomimo wspomnianych już wad, takich jak powtarzalność lub niezbalansowana broń palna, Shadow Warrior jest tytułem bardzo dobrym, idealnie nadającym się do niezbyt długich, jednorazowych seansów przed ekranem. Jeśli chcemy się odstresować, to przygody Lo Wanga z pewnością przypadną nam do gustu. Dodam jeszcze, że z wydanych w ciągu ostatnich kilku lat rebootów FPSów sprzed lat, to właśnie dzieło Flying Wild Hog jest dla mnie absolutnym numerem jeden.

Kopię do recenzji dostarczyła firma Devolver Digital  – wielkie dzięki! / A review copy was supplied by Devolver Digital, thank you guys!

Shadow Warrior - recenzja
Shadow Warrior to miłe zaskoczenie. Gra jest wierna staroszkolnym FPS'om, dlatego jeśli jesteście fanami starego SW i przygód Księcia, to powinniście się zapoznać z tym tytułem.
Grafika80%
Audio75%
Grywalność90%
Plusy
  • Walka kataną to czysta zabawa
  • Mnóstwo easter eggów i sekretów
  • Rozwój postaci i uzbrojenia
Minusy
  • Brak balansu broni palnej
  • Mało rodzajów przeciwników
  • Po pewnym czasie nuży
82%Punktacja
Ocena czytelników: (0 Votes)
0%

O Autorze

Zapalony gracz od kilkunastu lat (tak, zaczynałem w bardzo młodym wieku ;)). Ulubiony gatunek? To dla mnie bez znaczenia, jestem w stanie docenić każdą grę, jeśli faktycznie ma ona coś do zaoferowania, nie znoszę jednak odcinania kuponów od znanych marek - kolejne części Call of Duty nie są dla mnie. ;)

Podobne Posty